Latem pytania o filtry przeciwsłoneczne wracają jak bumerang. Rodzice pytają, jaki SPF wybrać, jak często dokładać krem i czy dziecko trzeba smarować także wtedy, gdy siedzi pod parasolem.
Tymczasem, obserwując dzieci na plaży, często myślę o czymś zupełnie innym.
Dziecko ma kapelusz, lekką koszulkę, bawi się w cieniu. Wszystko wygląda wzorowo. Kilka godzin później okazuje się jednak, że czerwone są uszy. Albo kark. Albo grzbiety stóp, wystające z piasku podczas budowania zamku.
To właśnie te miejsca najczęściej wymykają się uwadze.
Nie dlatego, że zapominamy o ochronie przeciwsłonecznej, ale dlatego, że skupiamy się na dużych powierzchniach skóry — plecach, ramionach, brzuchu. Tymczasem niewielkie fragmenty ciała potrafią spędzić na słońcu tyle samo czasu, co te duże.
W gabinecie po wakacjach regularnie widzę ten sam schemat. Nie oparzone plecy czy brzuch, ale właśnie uszy, kark i stopy — niewielkie powierzchnie, o których łatwo zapomnieć, a które przez wiele godzin pozostają wystawione na działanie promieni słonecznych. Podobnie bywa przy basenie — chłodząca woda sprawia, że dziecko długo nie czuje, jak mocno świeci słońce, nawet w stroju kąpielowym zasłaniającym ramiona.
Ochrona przeciwsłoneczna to nie tylko filtr. To również cień, odpowiednie ubranie i kapelusz. Warto jednak pamiętać, że nawet przy najlepiej zaplanowanym plażowaniu uszy, kark i stopy pozostają mistrzami w wymykaniu się naszej uwadze.
Lek. Andżelika Schwann-Majewska
Specjalista dermatologii i wenerologii
